Rowerem nad Wartę

Płynie, wije się rzeczka, jak błyszcząca wstążeczka,

Tu się srebrzy, tam ginie, a tam znowu wypłynie.

Woda w rzeczce przejrzysta, zimna, bystra i czysta,

Biegnąc mruczy i szumi, ale kto ją zrozumie ?

Tylko kamień i ryba znają mowę tę chyba,

Ale one, jak wiecie, znane milczki na świecie.

Ten wiersz Juliana Tuwima, dobrze znany starszym ”nastolatkom” z elementarzowej rymowanki, mógłby z powodzeniem towarzyszyć kolejnej naszej rowerowej wyprawie, której celem stały się ścieżki i bezdroża północnego skraju Jury Wieluńskiej, pociętego wijącym się korytem Warty. Można tam dotrzeć do miejsc, w których czas wiele lat temu zatrzymał swój bieg. Można zanurzyć się w morzu zieleni, ozdobionym błękitem srebrzącej się promieniami słońca rzecznej toni. Można próbować zrozumieć język przyrody. Gdy jednak zmysły powrócą na ziemię i skoncentrują się na poszukiwaniu tabliczek wyznaczonego mapą szlaku turystycznego, zrozumienie obojętności i nonszalancji ludzi za nie odpowiedzialnych staje się niezwykle trudne. Na szczęście, piękno tego zakątka wynagrodziło dodatkowe 15 km, które trzeba było z mozołem pokonać wśród piachów i wzniesień nadwarciańskiej krainy.

zpk.jpg

Po rannej rozgrzewce na dziesięciokilometrowej leśnej trasie z Blachowni do Herb Nowych, pobyt w wagonie kolejowym nieco zwolnił rytm dnia. Koniecznością był jednak taki właśnie dojazd w okolice Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Stacja PKP Dzietrzniki otworzyła dzień pełen wrażeń. Monumentalna kościelna wieża dominująca nad tą miejscowością zaskakuje przybyłych. Sam budynek świątyni, wzniesionej w początkach ubiegłego wieku, poza wielkością niczym nie urzeka. Niesie jednak informację o randze i wielkości parafii oraz hojności budowniczych. Wrota do nadwarciańskiego parku zostały uchylone. Stajemy w Kępowiźnie, pod młynem napędzanym przez dziesiątki lat rwącym nurtem rzeki . Właściciel obiektu narzeka na brak pomocy w restauracji zabytku mającego blisko sto lat. Zabytku, który wciąż pracuje, choć wodną turbinę zastąpił elektryczny silnik. Obok w gąszczu zieleni porzucone elementy napędu młyńskiego koła. Może niedługo znów zakręcą się w nurcie toczącej swe wody Warty. Rzeka ta w tych okolicach płynie malowniczymi zakolami. Raz rozlewając się, by po chwili w węższym korycie spiętrzać swój nurt. Brak mostów zastępują przeprawy promowe, których widok cofa czas o dziesiątki lat. Uczucie to potęguje również krajobraz i otaczająca rzekę przyroda. Ponad szumem wody dobiegającym sponad koryta rzeki niosą się z nad lasu ptasie głosy. Być może to nawoływania drapieżników, których sylwetki majestatycznie krążą nad ciemną ścianą drzew. Z tej nostalgicznej ciszy wyłaniają się nieśmiało zabudowania osady Biniec. Historyczne zapiski mówią o pobytach w miejscowym dworze królowej Bony. Jednak poza ciekawym źródełkiem i parowem zwanym od jej imienia, nic z tych historycznych treści nie pozostało. Wędrujemy dalej.Wzdłuż zakoli Warty. Załęcze Wielkie i Małe, Troniny, maleńkie osady położone w dorzeczu, poprzecinane szlakiem turystycznym, którego odnalezienie graniczy z cudem. Pozostaje wędrówka po piaszczystych dróżkach, wiara i intuicja. Kilometry i czas mnożą się jednak nieubłaganie. W końcu Bobrowniki, dumne z mostu, który w tym miejscu wyręczył prom, spinający przez setki lat brzegi rzeki. W Bobrownikach jest Żabi Staw. W jego toni rzeczywiście zamieszkują wraz z kumakami nizinnymi te miłe zielone stworzonka fachowo zwane żabami moczarowymi. Na powierzchni wody kożuch grzybieni, które wielu myli z nenufarami. Niestety o tej porze roku już nie kwitnących. Szkoda, tym bardziej, że jadąc na górę Zelce w rezerwacie Węże, trzeba było do niego zboczyć z wyznaczonej drogi. Może innym razem, w maju ?. A w rezerwacie Węże zwiedzamy komorę jaskini Zanokcica. Coś na kształt ponad dwudziestometrowej studni, ze stalową drabiną. Jaskinia, jakich tutaj wiele, jest ukryta w masywie wapiennych skał, które w tym miejscu odsłaniają położone najdalej na północ jurajskie ostańce. Prawdziwy smak podziemnych grot można kosztować kilka kilometrów dalej – w rezerwacie Szachownica. Położony pośród lasu kompleks skal osłania ciemne otwory korytarzy i komór, łatwo dostępnych dla zwiedzających. Rozstawione tablice informują o niebezpieczeństwie spadających ze stropów kamieni i nietoperzach, które licznymi koloniami zamieszkują tę skrytą pod powierzchnią ziemi krainę. Niegdyś chodniki ozdobione były soplami stalaktytowych nacieków. Obecnie można jedynie podziwiać fantazyjnie ukształtowane formy skalne, mroczne i chłodne czeluście chodników oraz odsłonięte, niczym płaskorzeźby amonity. Krążąc chodnikami do coraz to innych wyjść i obchodząc piętrzące się w buczynowym lesie kamienne ostańce nietrudno zrozumieć sens nazwy tego skrawka Jury. Ukryty w lesie dostępny jest dla tych bardziej aktywnych turystów, którzy podobnie jak my zmierzają do Dankowa. W tym dawnym miasteczku stał ongiś zamek warowny, którego nawet szwedzcy najeźdźcy nie zdołali zdobyć. Popadł jednak w ruinę i dziś straszy kikutami murów, będących w czasach jego świetności główną bramę kompleksu. Obok zamku, w obrębie obronnych murów stoi po dzień dzisiejszy okazały kościół. Sanktuarium, którego patronką, przedstawioną w ukoronowanym obrazie głównego ołtarza jest Matka Boska Dankowska. Obraz zasłynął przez wieki wieloma łaskami i obecnie jest przedmiotem kultu i celem nawiedzających tę świątynię wiernych. Wiele innych ciekawych informacji o tym miejscu można znaleźć w portalu internetowym Tygodnika Niedziela pod adresem : http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=ed200220&nr=69 . Z Dankowa już niemal widać Kłobuck. Na naszej drodze trzeba jeszcze pokonać Rębielice Królewskie i Wilkowiecko. Do Rębielic jeszcze spory odcinek drogi ale na horyzoncie piętrzy się ponad pięćdziesięciometrowy wirnik elektrowni wiatrowej, która uchodzi za największy pojedynczy obiekt tego typu w Europie. Niestety, chyba jej konstruktor i budowniczy nie dokonał jeszcze uruchomienia urządzenia, bowiem gigantyczny wiatrak jest nieruchomy. Z Kłobucka do Grodziska tylko parę kilometrów jazdy w uciążliwym drogowym zgiełku. Po chwili można znów uciekać w leśne dukty i wyznaczonym na pniach drzew niebieskim szlakiem przemknąć aż do samej Blachowni. I znów wyjechać nad wodę, choć nie tak specyficzną jak ta, która płynie rzecznym korytem Warty.

Krzysztof Parkitny

Share Button
Ten wpis został opublikowany w kategorii KKTA z euronet.net.pl, Starsze wpisy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz